Emocje, Matczyna rana, MÓJ PROCES, Ojcowska rana, Traumy dzieciństwa

Serce małej dziewczynki

Dotknij swojego serca. Połóż rękę na sercu i poczuj jego rytm. Tak, ono tam jest. Tak, teoretycznie miałam serce, ale w praktyce to już inna bajka. Moje serce zostało roztrzaskane na miliony małych części, przez ludzi, którzy powinni byli go strzec. Przez moich rodziców.

Wtedy, gdy jako mała dziewczynka patrzyłam jak mój pijany ojciec wczołguje się do domu.

Wtedy, gdy dziecko wiecznie słuchałam wrzasków, kłótni, oskarżeń, wyzwisk.

Wtedy, gdy kuliłam się ze strachu w łóżku co noc, zastanawiając się, kiedy wróci mój ojciec. Czy w ogóle wróci?

Jak bardzo będzie pijany?

Czy pójdzie od razu spać czy będzie wszczynał pijackie kłótnie?

Czy może znów nie będzie mógł trafić kluczem do zamka, więc będzie walił w te przeklęte drzwi, dopóki ktoś mu nie otworzy…

Tak. Pamiętam jak prosiłam moją mamę, żeby kładła mi rękę na uchu jak zasypiałam, bo tak bardzo nie chciałam słyszeć Jego powrotu…Bo może znowu będę musiała trzęść się ze strachu o siebie i mamę, patrzeć jak ojciec wykręca jej rękę przedpokoju. Może znowu będę musiała wybiegać w kapciach na klatkę schodową w środku nocy. Może mój ojciec będzie próbował wejść do domu przez balkon, może będzie krzyczał pod oknami…

Może znowu będę stać w przedpokoju w piżamie i patrzeć jak policjant spisuje coś w notesie, podczas gdy moi rodzice i dziadkowie przekrzykują siebie nawzajem… A ja tam stoję i nie rozumiem, czemu moja rodzina robi w ogóle coś takiego, nie rozumiem, dlaczego nikt nie widzi jaka ja jestem przerażona. Dlaczego ludzie, którzy mnie podobno kochają nie zastanawiają się, że właśnie tworzą mi piekło na ziemi, że ja tam stoję i myślę że kończy się świat bo moja rodzina rozrywa się nawzajem na strzępy na moich oczach. Stoję i jestem przerażona, a najbardziej boję się tego, co się stanie jak ten policjant wyjdzie i zostawi nas wszystkich samych…

Życie z ojcem alkoholikiem to była jedna wielka loteria, nigdy nie wiedziałam co się trafi tym razem. Może znowu jak wrócę z mamą do domu to na drzwiach będzie przybita kartka z pożegnaniem, bo mój ojciec idzie skoczyć z mostu, albo będzie twierdził, że zjadł trujące liście dieffenbachii. Może znowu będę przyglądać się jak wykrwawia się na podłodze w przedpokoju po tym jak walnął pięścią w szybę kuchennych drzwi, a mama dzwoniąc po pogotowie próbuje zatamować krwotok sznurówką z buta. Do dziś pamiętam jak tam stoję – mała dziewczynka w różowym sweterku – i patrzę na podłogę pokrytą krwią i odłamkami szkła…

Pamiętam też doskonale jak rozpakowując gwiazdkowy prezent, kazałeś mi tato, zapamiętać te święta bo to ostanie święta z Tobą. Żebym się nacieszyła bo Ty się idziesz zabić. JAK W OGÓLE MOŻNA COŚ TAKIEGO POWIEDZIEĆ MAŁEMU DZIECKU?! Choć trzeba przyznać, że w jednym miałeś racje, bo to chyba były ostatnie święta jakie spędziliśmy razem…

Uwielbiałeś robić szum wokół siebie, wymyślałeś ciągle chore historie. Bóg jeden wie, co ty tam brałeś żeby mieć takie odloty. Ja nigdy nie zapomnę jak  miotałeś się po domu przerażony, opędzając się od wyimaginowanych motyli…Takie rzeczy w głowie dziecka utrwalają się na dobre. Piszę to i nie wierzę, że Ty jesteś dorosłym człowiekiem, któremu przypadło wychowywać dziecko…To jest prawdziwa tragedia! Ja jako siedmioletnie dziecko byłam bardziej odpowiedzialna niż Ty.

Przez całe lata skręcał mi się żołądek na dźwięk klucza w zamku. Cała trzęsłam się ze strachu słysząc nieznajome dźwięki dobiegające z klatki schodowej.  I ten strach nigdy się nie skończył, nawet potem, kiedy ojciec zniknął niczym jakaś mara senna , prawie jakby nigdy nie istniał. Potem było gorzej bo był ten sam nie kończący się schemat, który ciągnęła moja mama, znajdując kolejnych partnerów, którzy byli kopią mojego ojca, kopią jej własnego ojca… Przeprowadzki w tą i z powrotem, zapewnienia że tym razem mama znalazła porządnego faceta, że teraz się ułoży, teraz będziemy mieć prawdziwy „dom”. A kończyło się tak samo. Co z tego, że nie było alkoholu, kiedy był krzyk, wrzaski, chaos, oskarżenia, wylewanie brudów, wyprowadzki, rozstania, burze z piorunami, ciche dni, atmosfera gęsta, że można zawieszać siekierę w powietrzu. Oprócz tego, ciągły lęk o przetrwanie, o pieniądze, o dach nad głową. Życie w ograniczeniu z oddechem narcystycznego dziadka na plecach. Tyle zła przewinęło nie przez moje życie. Trujący koktajl toksycznych emocji, które chłonęłam jak gąbka. Cała moja rodzina zapatrzona w siebie, w odcięciu od emocji, w odcięciu od swoich serc, wyprana z empatii, pełna roszczeń i oskarżeń. Nigdy dla nikogo nie czułam się ważna, istotna. Nie byłam widziana, chciana, szanowana, kochana. Byłam niczym telewizor w tle, nikt nie zwracał uwagi. Zdana na siebie. Wszyscy traktowali mnie jakbym była niewidzialna, jakby to że jestem dzieckiem oznaczało, że nic nie czuje i w ogóle nie wiem co się wokół mnie dzieje…

Moja mama w biegu między próbą wiązania końca z końcem, a budowaniem kolej utopii domowej, skupiona na sobie i swoich dramatach, nie dostrzegała mnie w ogóle. Byłam klasycznym grzecznym dzieckiem, które nie sprawia problemów, ale umiera powoli od środka.

Dzisiaj moja mama to wie, dzisiaj rozumie te krzywdy, które wyrządziła, dzisiaj ją to boli, jednak wtedy…No właśnie tego „wtedy” się nie cofnie, nie da się go wymazać, zapomnieć, odciąć. Ono jest. A ja dopiero teraz odzyskuje prawo, żeby o tym „wtedy” opowiedzieć. I nie tylko o tym, bo tych „wtedy” było wiele….o wiele za dużo.

Nieopowiedziana, przemilczana historia. Wszystko zostaje w rodzinie, zamiecione pod dywan, wyparte, ubarwienie, zamazane.

Krzywda, której nie było, zło które się nie stało.

Coś ci się wydawało, coś wymyślasz, dlaczego Ty w ogóle jesteś ciągle smutna?

Dlaczego? Bo moje serce pękło, bo moja rodzina mnie zawiodła, bo musiałam na swoich maleńkich dziecięcych barkach dźwigać cały świat dorosłych problemów, których nie rozumiałam…Dlatego jestem smutna! I zła! I zawiedziona! Bo nikt mnie nie obronił, bo ludzie którzy powinni o mnie dbać, krzywdzili mnie najmocniej. Tak. Tak, bym dzisiaj odpowiedziała, na to absurdalne pytanie, ale nie wtedy, bo wtedy nie wiedziałam. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, myślałam, że to ja jestem nienormalna, dziwna, popsuta…Tak właśnie działa dysfunkcyjny system rodzinny, o niczym się nie mówi, wszystko trzeba przemilczeć, udawać, że nie ma, a jeśli zgłosisz jakiekolwiek pretensje czy żale, to Ty jesteś winna, to Ty zrób coś ze sobą, jeśli coś ci nie odpowiada. To nie osoba, która krzywdzi jest tą złą, tylko ta osoba, która ośmieli się na tę krzywdę zwrócić uwagę, powiedzieć o niej głośno.  Tak działa chory rodzinny system. Każą Ci się dostosować. Tylko, że do dysfunkcji nie można się dostosować, więc to naturalne że będzie ci źle. Będzie Ci bardzo źle. Będziesz cierpieć.

Na całe szczęście dzisiaj mam dostęp do mojego „wtedy”, do mojej maleńkiej mnie, do małej Kinii we mnie i mogę przebrnąć z nią przez wszystkie te sytuacje. Mogę pozwolić jej mówić, mogę ja ochronić, uznać jej ból, mogę wesprzeć, utulić, oddać sprawiedliwość. Być dla niej, tak jak powinni być dla niej wtedy rodzice. Dzisiaj to ja mogę stać się dla niej najlepszą mamą i najlepszym tatą jakich może mieć. Teraz  to ja zaopiekuję się jej serduszkiem, ja ją ukocham. Nikt, nigdy więcej, nie roztrzaska tego niewinnego dziecięcego serca. Ja odzyskałam siebie i idę odważnie na przód, dzieląc się moją prawdą, moim światłem, którego nikt już nie zagasi.

 

Ściskam Was mocno,
Kinga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *