Emocje, MÓJ PROCES, Traumy dzieciństwa

Emocje karconego dziecka.

Ostatnio na grupie wsparcia przeczytałam post kobiety, która stanęła za swoją dorosłą córką, którą doprowadzili do łez dziadkowie. Pogratulowałam jej odwagi w stawianiu granic, a później poszłam zająć się czymś innym….

Zostało ze mną dziwne uczucie, ale szybko odepchnęłam je od siebie. Nie myślałam by w to zajrzeć bo przecież miałam tyle do zrobienia, jeszcze mnósto innch rzeczy czeka na przeprocesowanie, a przecież mam co robić i załatwiać, rozkręcam biznes, ręce pełne roboty. Minęły dwa dni i czułam jak narastają we mnie niezrozumiałe uczucia i kiedy już byłam u kresu wytrzymałości, i nie mogłam dłużej ignorować odczuć z ciała, przypomniał mi się właśnie tamten post.

Bo to był mój trigger.

Przypomniałam sobie sytuację, jak siedzę na taborecie w kuchni, mam może jakieś siedem lat, a przede mną stoi dziadek, który się na mnie wyżywa. Wielki, ogromny potwór, z tym swoim tonem nieznoszącym sprzeciwu, srogą twarzą, stoi przede mną i huczy. Nie pamiętam o co chodziło, była to zapewne jakaś drobnostka, coś bez znaczenia, zresztą jak zawsze. On potrafił urządzić jesień średniowiecza, kiedy ktoś w złe miejsce odłożył gąbke na zlewie. Typowe dla narcysty.

Ja tam siedzę – mała, skulona dziewczynka w sweterku, cała się trzęsę i pocę ze strachu, nie mogę nic zrobić, nie mogę nic powiedzieć bo mam milczeć i słuchać, nie mogę stamtąd uciec, ani wyjść, nie mogę się bronić. Jedyne co mogę to słuchać jego wywodu i przełykać tłumione łzy.

Moja mama była wtedy w domu, ale nie zrobiła nic. Nie stanęła za mną. Nie obroniła mnie. Nie ochroniła. Nie stanęła po mojej stronie tylko pozwoliła żeby ten potwór wyżywał się na jej niewinnym dziecku.

Pamiętam, że jak już skończył to swoje diabelskie kazanie, uciekłam do pokoju i wybuchłam płaczem. Mama mnie próbowała pocieszać, choć nie pamiętam tego wyraźnie. Pamiętam za to dokładnie, jak znalazłam się w potrzasku, w sytuacji bez wyjścia, napadnięta przez wielkiego, huczącego dorosłego i nikt mi nie pomógł. Pamiętam mamę, która narzeka na dziadka, że jest taki i owaki, że to dla niego typowe, ale poza mówieniem o tym, nie zrobiła nic. Absolutnie nic. Mówiła, żebym się nie przejmowała bo on już taki jest, że on tak wszystkich traktuje. Jakby to miało być jakieś pocieszenie…

Moja mama nie zrobiła nic, bo sama była właśnie w ten sam sposób krzywdzona przez całe swoje życie. To było dla niej normalne, że nic nie można zrobić. Ona nie potrafiła ochronić samej siebie, więc co dopiero mnie.

Oczywiście to jej nie usprawiedliwia. Bo wciąż mnie zawiodła, zdradziła i dała jawne przyzwolenie na wyrządzanie mi krzywdy.

Ta kumulacja emocji, która dzieje się w dziecku w takiej sytuacji jest ciężka do zniesienia. Myślałam, że mnie rozerwie na części, kiedy to procesowałam. Przede wszystkim jest ogromna złość, gniew, wkurw. Bo kiedy ktoś w tak bezczelny, drastyczny i brutalny sposób przekracza czyjeś granice, a Ty nie możesz nic zrobić, tylko musisz to znosić, to narasta w Tobie niewiarygodny bunt. To normalna reakcja człowieka. Bunt na krzywdę. Tylko, że tego buntu ja nie mogłam wyrazić. Czułam jak te emocje buzują we mnie niczym w gotującym się garnku pod pokrywką. Ale nie mogłam w żadnej sposób dać im ujścia na zewnątrz. Musiałam je ściskać z całych sił i tłumić. Cała ta niewiarygodna siła została zamrożona gdzieś w moim maleńkim ciele. I nosiłam ją aż do dziś.

Łączy to wszystko poczucie ogromnej niesprawiedliwości jaka mnie spotkała i świadomość, że wiedziałam to tylko ja. Nikt nie zareagował, nikt nie przyznał, że to co się wydarzyło było złe. Zatem, choć czułam, że to było złe, niesprawiedliwe i okrutne to musiałam się też dostosować, że „tak już jest”. Tak już jest – ludzie mają prawo mnie zdeptać, skrzywdzić, wbić w ziemię, a ja nie mogę nic zrobić. Ja muszę to znosić. Mało tego, TO JA JESZCZE MUSZĘ PRZEPROSIĆ! Kurwa, to było w tym wszystkim najgorsze! Ktoś stosuje wobec mnie przemoc, okrucieństwo, katuje i krzywdzi, ale to ja mam przeprosić! Krzycząca niesprawiedliwość.

Czego się więc nauczyłam? Że nawet jeśli ktoś mnie krzywdzi i robi mi coś złego, to jest to MOJA WINA. To ja jestem ta zła. To ja musiałam coś zrobić, żeby to sprowokować. Więc zasługuję na karę, na pomiatanie mną i traktowanie jak śmiecia.

Kolejne uczucie to rozpacz i smutek. Bo moja własna rodzina mi zrobiła coś takiego. Ludzie, którym ufałam. Ludzie, u których powinnam szukać wsparcia i schronienia – zdradzili mnie, skrzywdzili. To jest nie do przeżycia dla dziecka bo jeśli to rodzina krzywdzi czy nie reaguje na przemoc, która się wydarza – to do kogo ma się to biedne dziecko zwrócić? Jest pozostawione same sobie, przekonane o tym, że zasłużyło sobie na takie traktowanie i to ono jeszcze powinno się zmienić. Ono jest złe, gdyby było inne – nie spotkałaby je coś takiego! Taki zapis się zrodził w mojej głowie – muszę być inna.

Czyli nauczyć się chodzić pod linijkę, według wszystkich tych chorych zasad ustalonych przez dziadka. Mam być ideałem – chociaż, w świecie narcysty, nawet ideał nie jest wystarczająco dobry.

Następne potężne uczucie to strach. Bo jak taki wielki potwór stoi nade mną i huczy, że zrobiłam jakieś karygodne rzeczy (siedmioletnia dziewczynka na pewno popełniła jakaś „wielką zbrodnie”) to byłam przerażona! Lękałam się o swoje życie. Bałam się, że popełniłam katastrofalny błąd. Bałam się kary. Bałam się że to koniec, że teraz jestem znienawidzona, odrzucona przez rodzinę, jestem diabłem, złem wcielonym. Czułam się niewiarygodnie winna. Musiałam zrobić coś potwornego, skoro taka jest reakcja. Wierzyłam w słowa, które usłyszałam na swój temat. Zostały we mnie głęboko. Że jestem zła, głupia, że nie myślę, że jestem samolubna, że nic nie potrafię.

To co on wykrzykiwał tak naprawdę nie było o mnie. To było o NIM. On mówił o sobie. Widziałam to wyraźnie na sesji, jak na monitorach w mojej głowie wyświetlały mi się po kolei sytuacje, w których to on był zły, samolubny, bezmyślny. Pokazałam to małej Kinguni we mnie. Naprostowałam jej przekonania.

Najłatwiej jest przerzucić ten ból, z którym sobie nie radzisz na kogoś innego. A już w ogóle najłatwiej przerzucić na bezbronne dziecko, które nie może zrobić nic, żeby się obronić. Wielki bohater! Wyżywa się na niewinnych i bezbronnych. Wymaga szacunku, podczas gdy sam nie szanuje nikogo.

Ludzie byli przez mojego dziadka po prostu zastraszeni. Zwyczajnie bali się o siebie, wiec okazywali posłuszeństwo wobec jego reżimu. Ale nikt go szanował. W głębi ludzie go szczere nienawidzili lub czuli żal za wszystkie krzywdy, które im wyrządził. Choć jawnie nikt nie śmiał mu się przeciwstawić, wszyscy wokół niego tańczyli.

Moja mama z biegiem lat upodabniała się w wielu zachowaniach do dziadka, przez co utrwalała pierwotne traumy, które on mi wyrządził. Szczególe kiedy weszłam w okres nastoletni i byłam w głębokiej depresji to nasze relacje były po prostu koszmarne. Pogarda, wyszydzanie i wyśmiewanie z jej strony, zero empatii, obwinianie mnie o wszystko.

Zawsze czułam, że mama trzyma z dziadkiem sztamę. Że jeśli by musiała w życiu wybierać, to by wybrała bieganie za nim i zadawalanie jego, niż swoją własną córkę. Wiedziałam, że ona po prostu za mną nigdy nie stanie. A dziadek to wykorzystywał i napuszczał ją na mnie. Chory układ.

To mój największy żal. Że ten potwór stał na chorym piedestale, podczas gdy jego ofiary nosiły łatki złych, głupich i wariatów.

Cieszę się, że dzisiaj jest inaczej. Cieszę się, że JA stoję po swojej stronie. I moja mama także stoi za mną. Jednak ból przeszłości musi zostać odczuty i uwolniony.

Czuję ogromny żal, że nikt nie stanął po mojej stronie wtedy, gdy tego potrzebowałam najbardziej.

Mój ojciec zniknął, założył nową rodzinę i rozpłynął się w alkoholowych oparach. Nie interesowało go co się ze mną dzieje. Razem z nim z mojego życia odeszła cała część jego rodziny. Ta rodzina, która mi została – sterroryzowana przez toksycznego dziadka, żyjąca w zaprzeczeniu, chorych iluzjach i manipulacjach, w której każdy z każdym wchodził co chwilę w konflikty – także nie była dla mnie oparciem.

Byłam jedną jedyną dostrzegającą absurd wszystkiego, co się dzieje wkoło, ale też jednocześnie już tak zręcznie zostałam urobiona przez lata, że wierzyłam, ze to we mnie jest problem i to ja jestem źródłem wszystkiego co złe.

Bardzo ciężko jest wrócić do tych skumulowanych uczuć. To jest ból, aż do samej kory istnienia. Kiedyś nie miałam tam dostępu. Na początku swojej drogi miałam dostęp tylko do tego co na wierzchu. Moje wewnętrzne dziecko nie ufało mi na tyle, aby zabrać mnie do tych najcięższych stanów i emocji.

Lecz teraz już mam tam dostęp. Weszłam do tego gotujące się garnka i zdjęłam przykrywkę. Znalazłam tam najgłębiej skrywane uczucia. Uczucie, że nie przetrwam, że to koniec. Głębokie toksyczne poczucia winy, w które byłam regularnie wbijana. Uczucie, ze jestem źródłem wszelkiego zła, ze zrobiłam cos strasznego i to koniec. Lęk pierwotny.

Jestem pełna podziwu dla wszystkich ludzi. Dla naszych ciał i organizmów które trzymają te wszystkie uczucia i robią co mogą, żeby pomóc nam przetrwać. Niewyobrażalne energie i emocje. Jestem pełna podziwu i wdzięczna mojemu ciału, które tak dzielnie mi służyło przez całe moje dotychczasowe życie, nawet kiedy ja go nienawidziłam i obwiniałam. Ono robiło co mogło. Bo ciało jest wierne. Ciało nigdy nie kłamie, nigdy nie zwraca się przeciwko Tobie. Robi co może z tym co mu zapodasz.

Pozwalam tym uczuciom przepłynąć. Wyję, krzyczę, wykręcam ręczniki, uderzam w materac, trzęsę się, płacze, miotam po podłodze. Wyrzucam, pozwalam sobie na to. Oddycham i wspieram się w tym cały czas. Jestem obok tej wewnętrznej dziewczynki i wpieram ją swoją obecnością. Daje jej znać, że jest w bezpiecznej przestrzeni i może w końcu to puścić. Pozwalam jej mówić, aż sama się często dziwię jakie rzeczy wychodzą z moich ust, jakie przekonania, jakie błędne wnioski, wyciągnęłam dawno temu, które zaprogramowały moje życie. Płaczę nad tą dziewczynką bo tak bardzo jej współczuje całego bólu jaki musiała znieść.

Jak ta burza się uspokaja to wtedy ją otulam. W miejsce uwolnionych emocji wlewam miłość i akceptację. Przekazuje jej prawdę, naprawiam błędne przekonania.

Tego jest tam wiele. Te uczucia wydają się bezdenne i bez końca, lecz ja wiem ze one swój koniec mają.

I nawet jeśli muszę poświęcić rok, dwa czy trzy, żeby uwolnić te najstraszniejsze rzeczy  – to i tak warto! Ponieważ przede mną cała reszta życia. Ja już sobie jestem wdzięczna ponad granice możlwości, że zajęłam się swoim udrowieniem. Bo to jest sprawa życia i śmiercia, dosłownie.

A żyć w zamrożeniu, siedząc na bombie z emocji, która odpala się co jakiś czas i wybucha w najmniej spodziewanym momencie – to życie w ciągłym strachu i oczekiwaniu na katastrofę. Żyć, kierując się przekonaniami skrzywdzonego dziecka, unikając zajrzenia w stare rany i unikając wszystkiego, co te rany mogłoby naruszyć , to nie życie. To tylko jego marna namiastka.

Bo tych emoji w środku nie da się niczym zalepić, zakleić, nie da się od tego odciąć, nie da się tego ukryć, schować, nie da się pójść realnie naprzód bez zajęcia się tym. Można – ale to będzie zawsze droga donikąd. Cokolwiek zbudujesz na fundamencie wypartych emocji, w końcu i tak rozsypie się niczym domek z kart.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *