Emocje, Inspiracje, Powrót do bycia sobą

Jak sobie (nie)radzić

To jest takie proste – odciąć się od SIEBIE. Tak łatwo jest odejść, uciec, odciąć, zostawić, zagłuszyć czy zmienić EMOCJE, niż po prostu BYĆ z nimi. Niż pozwolić na TO, co się wydarza w Twoim wnętrzu. Niż doświadczyć.

Ja złapałam sie w taką sieć w ostatnim czasie. Ciężko mi było skonfrontować się z uczuciami, które zaczęły wypływać gdzieś z głębi. Znajome, bardzo niewygodne uczucia niepokoju, lęku, samotności, braku. Ja przeciwko ŚWIATU – tak się zawsze czułam jako dziecko, a później nastolatka i młoda dorosła. Czułam się potwornie osamotniona, niechciana, niewarta uwagi. Czułam, że za wiele rzeczy spoczywa na moich barkach, czułam jak głowa mi pęka od nadmiaru wrażeń i jak cała się odcinam od tego bo nie potrafię w żaden sposób z TYM być. Czułam się taka mała, taka nic nie znacząca, taka kompletnie nieprzystosowana, nieprzygotowana do życia.

Czułam się jak chodząca porażka, wiecznie nie dość dobra, wiecznie popełniająca gafy i błędy, wiecznie „przewrażliwiona”. Obwiniałam siebie samą za swój brak umiejętności przystosowawczych do życia. Bałam się każdego, kolejnego dnia. Myśl o przyszłości napawała mnie paraliżującym lękiem i rozpaczą, przed którą jedyną ucieczką była ucieczka w świat marzeń, fikcji i fantazji. W swojej głowie, w swoich iluzjach – byłam bezpieczna. To był mój mechanizm radzenia sobie przez lata. I ten mechanizm odezwał się jako pierwszy. Zaczęłam uciekać przed sobą w różne fikcyjne światy – filmowe, serialowe. Odchodziłam od tego, co ważne, co wymagało uwagi, żeby być w czymś nieistotnym, nieważnym. W czymś co mnie pochłaniało. Ale uczucie rozłączenia nasilało się coraz bardziej.

Przyszyły do mnie te stare uczucia. Uczucie obezwładniajacej samotności; przerażenia w obliczu życiowych problemów, z którymi nie potrafiłam i nie wiedziałam jak sobie radzić; poczucie bycia zdaną tylko na siebie samą. Niepokój związany z uciekającym czasem, który przybliżał mnie do konfrontacji z tym, od czego uciekałam.

Bo tak – ja przeważnie uciekałam, z braku umiejętności radzenia sobie w trudnej sytuacji. Oczywiście, uciekać można było tylko do pewnego momentu, ostatecznie w końcu dochodziłam pod ścianę i nie miałam możliwości żadnego manewru poza konfrontacją z problemem, który zdążył już przez ten czas urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Wtedy wytykałam sobie tylko głupotę i wbijałam się w poczucie winy, rozczarowana sobą samą – bo przecież gdybym się zajęła tym wcześniej to nie byłoby tak dramatycznie teraz.

Im mocniej uciekam i się odcinam, tym silniejsza i poważniejsza stoi trauma po drugiej stronie. Tam gdzie zajrzeć nie chcę, czają się uczucia skumulowane od lat – uczucie przerażajacej samotności, odrzucenia, przymusu, obowiązku, braku wsparcia. Uczucie zdrady przez rodziców, którzy pozostawili mnie samą z wielkimi EMOCJAMI, których nie potrafiłam przeżyć; z problemami o wiele za poważnymi jak na mój wiek, z moim niezrozumieniem, z brakiem instrukcji, wsparcia i otuchy. Alienacja, zdradzone zaufanie, rozpacz, strach, złość.

Tak wiele się kryje w człowieku; tak dużo codziennych spraw, sytuacji, zdarzeń, które są spychane tam do tyłu, które są odrzucane bo nie wiadomo co z nimi zrobić, jak się nimi zająć. Nie mówię już nawet o tych wielkich traumach, które zepchnięte w „niepamieć” sieją w naszych wnętrzach spustoszenie i doprowadzają do wykolejenia, ale o tych wszystkich „nieważnych” sprawach pomiędzy, które nierozwiązane, niezrozumiane też gdzieś siedzą. Niby nic nie znaczące, ale zebrane do kupy potrafią wylać się prawdziwą falą i przykryć cię po uszy. U mnie tak było, tysiące drobnych sytuacji i zdarzeń, w których nie wiedziałam jak się zachować, jak coś powiedzieć, jak coś rozwiązać, przykre słowa na mój temat, niezręcznie sytuacje, karcące spojrzenia, pomyłki i wiele więcej.

We mnie odpala się wszystko.

I jak tego jest za wiele to następuje przeciążenie, reset, i wtedy uciekam do dziury, do starych schematów, zanim się nawet zdążę zorientować. Nie dbam wtedy o siebie, tak jak powinnam, nie dbam w ogóle, odłączam się z siebie, tracę kontakt, odpływam w nicość. A to od czego uciekam, w między czasie, narasta i napiera jeszcze mocniej.

Wciąż uczę się balansu i bycia przy sobie BLISKO. Uczę się rozpoznawania tej subtelnej granicy, po przekroczeniu której nie jestem w stanie już więcej unieść, udźwignąć – potrzebuję odpocząć i pobyć z tym, co już JEST, zamiast gnać na oślep do przodu i zmieniać się w zombie.

Bo ja bym tak chciała jak najwięcej, jak najszybciej, chciałabym iść do przodu wielkimi krokami, rozwijać się, wzrastać, zaleczyć wszystko naraz…Próbuje oszukać samą siebie, iść na skróty, udawać że tych nieprzyjemnych części we mnie już nie ma…To nigdy nie działa.

Spieszę się, biegnę, na łeb na szyję i nie dostrzegam tego jak wiele JUŻ robię, jak daleko JUŻ zaszłam. Przecież z nikim się nie ściągam! Mimo tego, co czasem mi wkręca umysł…Życie jest dla mnie do PRZEŻYCIA. To nie jest bieg na czas.

Każdy ma swoje własne tempo, swoją własną wrażliwość, wytrzymałość, „pojemność” na problemy. Dlatego wciąż uczę się powrotu do siebie bo to jest podróż na całe życie. Uczę się  odbierania sygnałów jakie daje mi ciało, komunikatów jakie niosą emocje. Zanim wpadnę w przestarzałe schematy radzenia (czy raczej „nie-radzenia”) sobie z presją i stresem.

Biorę oddech i wracam do SIEBIE. Do przestrzeni swojego SERCA. Ugruntowuję się w ciele, w rzeczywistości. Słucham siebie. Zajmuje się tym, co przychodzi. Wracam do przeszłości, do tej Kingi, która nie wiedziała jak ma sobie radzić, która nie miała kogo spytać, która była zdana sama na siebie. Wracam do niej i oferuję jej wsparcie. Słucham jej żalu. Koję jej ból. Daję jej w końcu odpocząć. Bo ona już nie musi być cały czas w gotowości do zajmowania się wszystkim. Pomagam jej przejść przez te zdarzenia, w których była sama. Zdejmuję ciężar z jej barków, który nigdy nie powinien zostać tam włożony.

I daję sobie spokój. Po prostu. Daję sobie w końcu odpocząć bo to jest zwyczajnie niezbędne. Zrobić krok w tył, zadbać o siebie z czułością, puścić kontrolę nad każdym najdrobniejszym szczegółem i pozwolić życiu się toczyć. Pozwolić uczuciom być. Płynąć razem z prądem wydarzeń zamiast starać się na siłę zawrócić jego bieg. Dać sobie po prostu BYĆ, w kochającej, bezpiecznej przestrzeni. Bez samobiczowania, bez presji, bez zmuszania siebie do czegokolwiek.

Zaskakujące jest dla mnie odkrycie, że im bardziej odpuszczam, tym płynniej wszystko się wydarza, tym szybciej ja się regeneruję, tym pełniejsza jestem sił, energii i pomysłów. 

Tak naprawdę osiągam wiecej – robiąc mniej. To, co tworzę ma jakość tylko wtedy, kiedy jestem jak najbliżej siebie; w prawdzie, zadbana, ukochana. Nie stoję w prawdzie, kiedy wypieram emocje, nie wspieram siebie, kiedy udaje przed sobą samą, że NIE czuje, tego co czuje. Nie jestem blisko siebie, kiedy odchodzę od siebie w trudnej sytuacji, zajmuje się czymś innym, zamiast okazać uwagę SOBIE.

To w porządku nie wiedzieć, jak sobie poradzić. Każdy staje czasem w obliczu takich sytuacji. Sztuką jest jednak pozostać z tym uczuciem, zwrócić uwagę do środka i sprawdzić co się kryje w naszym wnętrzu. Świadomie wybrać aby pochylić się nad sobą, zamiast wpadać w automatyczne reakcje i schematy. A jeśli nawet już się wpadnie – zauważyć to, wybaczyć sobie i z miłością wrócić do Siebie.

Być dla siebie wsparciem, jakiego brakowało całe życie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *